Up
 
 

Wsparcie? Ale czyim kosztem

Maciej Bando, prezes Urzędu Regulacji Energetyki w rozmowie z red. Anetą Wieczerzak-Krusińską. Rzeczpospolita, 19.10.2018 r.

Premier Mateusz Morawiecki powiedział, że URE nie planuje podniesienia cen energii w 2019 r. dla gospodarstw domowych. To sugestia czy kampania wyborcza?

Słowa premiera odbieram jako duży skrót myślowy. O tym, co się będzie działo z taryfami na energię czy jej dystrybucję, wiedzą zarządy spółek energetycznych i być może ich większościowy właściciel (Skarb Państwa - red.).

Zadaniem regulatora jest ocena wniosków taryfowych składanych przez przedsiębiorstwa tj.  sprawdzenie czy koszty przez nie przedstawione są rzeczywiste i uzasadnione. Tu nie ma miejsca na dowolność, bo rozporządzenie taryfowe szczegółowo mówi o tym, co należy wziąć pod uwagę.

URE przewiduje różne warianty sytuacji i ich możliwe skutki. To są zwyczajne działania analityczne. Taka analiza różnych scenariuszy ułatwia potem szybką weryfikację wniosków taryfowych.

Minister energii Krzysztof Tchorzewski obiecał jednak, że prąd dla odbiorców indywidualnych nie pójdzie w górę więcej niż o 5 proc. Gdyby jednak było drożej od 2019 r., to odbiorcy dostaną rekompensatę. To zachęca spółki obrotu do wnioskowania o zwrot wyższych kosztów.

Tak jak powiedziałem, jako regulator będę oceniał wnioski taryfowe i wtedy będę mógł się wypowiadać w kwestii uzasadnionego poziomu cen. Proszę jednak pamiętać, że nasze rachunki składają się z dwóch części - oprócz płatności za samą energię jest jeszcze część opłat za jej dostarczenie.

Pytanie czy się pojawią? Koszty paliwa węglowego i uprawnień do emisji poszły mocno w górę, więc analitycy sugerują wzrost cen o 50-70 proc. Ale minister twierdzi, że podwyżek nie będzie.

Nie wyobrażam sobie sytuacji, by firmy w ogóle nie złożyły wniosków. Te, które wpłyną ocenimy zaś pod kątem poniesionych kosztów i braku subsydiowania skrośnego. Z takim mamy do czynienia gdy np. działalność dystrybucyjna finansuje biznes wytwórcy.

Chciałbym też wierzyć, że zarządy spółek nie będą świadomie doprowadzały do pogorszenia własnej sytuacji ekonomicznej. To groziłoby przerwaniem modernizacji energetyki m.in. brakiem środków na inwestycje rozpoczęte w przeszłości, które powinno się kontynuować w kolejnych latach.

Zarządy spółek energetycznych powinny mieć też na uwadze to, że kilka złotych z naszych przyszłych emerytur tkwi w wartości akcji tychże firm. Nie chciałbym, by wskutek nie najlepszego zarządzania spadła ich wycena.

Muszę pana zmartwić. Spółki  już wyrównały szyki. Oprócz Taurona wycenianego już poniżej 2 zł za akcje, wszystkie inne kosztują 8-9 zł za akcję.

Spadek wycen o połowę jest faktem.  To skutek przyjęcia modelu gospodarki energetycznej zakładające jednakowe traktowanie wszystkich podmiotów.

To może czas skończyć z fikcją i stworzyć jednego wytwórcę prądu, jednego dystrybutora i sprzedawcę zamiast czterech grup pionowo zintegrowanych?

Problem nie tkwi w samej strukturze. Mamy fantastyczny przykład CEZ, który jest notowany na giełdzie, mimo decydującego udziału czeskiego rządu.

W Polsce pod kontrolą Skarbu powinno być tylko to, co stoi na straży bezpieczeństwa, czyli przesył, strategiczne aktywa wytwórcze i usługi systemowe. Jeśli w tej grupie chciałaby być także dystrybucja, to nie miałbym nic przeciwko temu. Jednak reszta wytwarzania - poza strategicznymi aktywami, a także obrót wcale państwowe być nie muszą.

Należałoby też zmienić przyjęty model, w którym nadzorujący energetykę minister jest jednocześnie kreatorem prawa dla tego sektora. Bo osoba sprawująca ten urząd - nawet mając najbardziej kryształowy charakter - jest postrzegana jako rzecznik interesów nadzorowanych firm.

Teraz jest plan pomocy dla odbiorców, zarówno tych energochłonnych, jak i indywidualnych.

O pakiecie osłonowym dla przedsiębiorstw energochłonnych mówiło się od dawna. Przy czym pomysły w większości nie wychodziły poza deklaracje.

Istniejące mechanizmy  pomocy są - według firm - niewystarczające. Dlatego pojawiają się postulaty rozszerzenia portfela np. o obniżenie opłaty jakościowej w kosztach dystrybucji czy przesyłu energii. W tym kontekście pojawiają się różne kwoty, o które miałyby być pomniejszone rachunki przemysłu. Ale jeśli odciążymy jedną grupę, to lukę będzie musiała pokryć inna grupa odbiorców.

To samo dotyczy pomocy dla gospodarstw. Nie znam szczegółów dotyczących planowanych mechanizmów wsparcia odbiorców indywidualnych. Zawsze jednak rodzi się pytanie, czyim kosztem wprowadzimy wsparcie.

Założeniem jest skierowanie na te cele przychodów budżetowych ze sprzedaży praw do emisji CO2. Te środki już mają zdefiniowany kierunek wydatkowania. I wcale nie jest nim pomoc socjalna dla odbiorców energii, ale modernizacje i inwestycje obniżające emisyjność gospodarki. Dlatego mam wątpliwości co do zasadności takiego rozwiązania.

Byłoby to przejedzenie pieniędzy?

Przekierowanie części środków pochodzących ze sprzedaży praw do emisji CO2 na pomoc dla przemysłu jest energochłonnego jest ciekawym i wartym rozważenia projektem. Jednak co do finansowania z tej puli innych form pomocy dla konsumentów zdania już są podzielone.

Jesteśmy w toku kampanii. Znów słyszymy o ubóstwie energetycznym. A plany ministerstwa wyglądają  tak, jakby chciał dać przedsiębiorstwom przestrzeń na wnioski o podwyżki, a  odbiorcom - dodatek na osłodę. Tak, żeby wilk był syty i owca cała.

Tyle że tak się nie da. Przekładanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni nic nie zmieni i nie rozwiąże problemów energetyki. Nie byłoby też proste „włożenie” do  taryfy przychodów z dotacji.

Na szczęście w URE ani nie jesteśmy politykami, ani nie reprezentujemy żadnej partii politycznej. Bronimy interesów zarówno przedsiębiorstw jak i odbiorców ciepła i energii, wśród których są zresztą zwolennicy każdej opcji politycznej.

Dlatego czekam na koniec kampanii i zmianę obietnic w obowiązujące prawo.

Chciałbym też przypomnieć, że problem ubóstwa energetycznego nie wynika tylko z wysokich cen energii, ale z wysokich cen ciepła i udziału tych opłat w rachunkach.

Kto zatem miałby ponieść koszt transformacji energetycznej w Polsce, a które grupy byłyby chronione?

Dyskusja na ten temat jest potrzebna. Powinniśmy ją rozpocząć po rozstrzygnięciu ostatecznego kształtu tzw. pakietu zimowego. Konieczny jest plan finansowy dla realizacji polityki energetycznej, by zaadaptować się do regulacji jak najmniejszym kosztem.

Podczas jednej z konferencji kilka tygodni temu zaproponowałem taką debatę i zaprosiłem do dyskusji, ale na razie bez rezultatów.

Faktem jest, że w toku takiej debaty głos kilkudziesięciu przedsiębiorstw energochłonnych, posiadających silne organizacje branżowe, będzie lepiej słyszany niż postulaty kilku milionów właścicieli małych i średnich firm m.in. tysięcy fryzjerów czy piekarzy, których nikt nie reprezentuje. Ale to właśnie ci przedsiębiorcy - zatrudniając u siebie po kilka osób - ponoszą najwyższe koszty zmian na rynku energii. W zakładzie usługowym płacą wyższą stawkę za prąd niż we własnym domu, nie mówiąc już o odbiorcach z „większego” przemysłu. Dlatego chętnie widziałbym ich przy takim okrągłym stole.

Czy czeka nas szybkie uwolnienie cen energii po wprowadzeniu pakietu zimowego?

Polska jest jednym z niewielu rynków z regulowaną ceną energii. Jej uwolnienie dzisiaj byłoby wstrząsem dla wszystkich konsumentów. Dlatego nie znieśliśmy dotąd taryfowania gospodarstw domowych. Stworzyliśmy za to mechanizm pozwalający na zmianę sprzedawcy.

Ponieważ jednak pakiet zimowy mówi o konieczności budowy wolnego rynku, taryfy na energię dla odbiorców indywidualnych czeka prawdopodobnie ten sam scenariusz, który realizuje się w przypadku gazu. Na rynku błękitnego paliwa wkrótce będziemy mieli całkowitą deregulację (od 2024 r. zniknie taryfowanie gospodarstw - red.).

Problem w tym, że jest coraz mniej sprzedawców alternatywnych.

Dziś każde prywatne przedsiębiorstwo, które nie jest kontrolowane przez Skarb Państwa, jest na wagę złota. Faktycznie jest ich zbyt mało, dlatego są jak rodzynki w cieście.

Ostatnie upadki firm mogą spowodować, że będziemy podchodzili do zmiany dostawcy z jeszcze większą rezerwą niż dotąd.

Proces budowy wolnego rynku jest trudny. Mieliśmy do czynienia z upadkiem firmy, która osierociła poważną grupę klientów. Dopiero to uświadomiło nam, że zabrakło na czas właściwych regulacji zabezpieczających ciągłość dostaw dla odbiorców gazu. Widzieliśmy przecież, że instytucja sprzedawcy rezerwowego była wprowadzana w pośpiechu.

Jeśli chodzi o niechęć do zmiany sprzedawcy, to wynika ona głównie z małych różnic w ofertach poszczególnych firm.

Może chodzić także o brak poczucia bezpieczeństwa. Zapominamy bowiem, że zawsze odbiorca w gospodarstwie domowym ma możliwość powrotu z rynku do zatwierdzanej przez URE taryfy swojego tzw. sprzedawcy z urzędu.

A A+ A++
Drukuj PDF Powiadom
19.10.2018